Lato tuż, tuż ;)
Legendy z Borów Tucholskich
Relikty glacjalne, liczne moreny czołowe, denne, rynny jeziorne, drumliny, ozy i inne twory geologiczne, piękne lasy tworzą tajemniczy niepowtarzalny krajobraz Borów Tucholskich, których Ziemia Chojnicka jest częścią.

 Ich tajemniczość wpływała na ludzi tu zamieszkujących. Najczęściej napawała strachem i lękiem. Uczucia te potęgowały jeszcze opowieści przekazywane z ust do ust. W tradycji lokalnej zachowały się niektóre z nich. Współcześnie zostały spisane przez etnografów i opublikowane drukiem. Legendy, które niżej przytaczamy pochodzą z książki „Westpreusischer Sagenschatz” autorstwa Paula Behrenda, wydanej w Gdańsku w 1906 roku ( Skarbiec legend Prus Zachodnich” z podtytułem „Zbiór najpiękniejszych legend ojczyzny”). Paul Behrendt był nauczycielem w Komorsku koło Świecia n/Wisłą, a także korespondentem Muzeum Prus Zachodnich. Miejscowość położna w sporej odległości od Chojnic, ale warta odwiedzin. We wsi będącej niegdyś dobrami biskupów kujawskich wart obejrzenia jest barokowy kościół wybudowany w latach 1787 - 1792.


..."Upiór w Borach Tucholskich
 

Bory Tucholskie rozciągające się po obu stronach Brdy i Wdy, to największy kompleks leśny w całych Prusiech. Mieszkańcom ustronnych osad leśnych często ukazuje się o północy upiór.

Opowiadają o dwukołowym wasągu, ciągnionym przez dwa czarne konie o ognistym wzroku. Odziany w długą, białą szatę, jedzie nim upiorny mnich. Nad powozem, brnącym czy to przez kopny śnieg, rozlega się dźwięczny, daleko słyszalny hałas. Przypomina on toczenie czegoś z największą szybkością po wyboistym bruku. Do tego słychać jeszcze głośny szczęk łańcuchów.


     Pewien chłop wracał raz w czasie srogiej zimy z Tucholi do swej odległej, leśnej wioski. W środku mrocznej puszczy omal nie zderzył się ze zdyszanym koniem, zaprzężonym do sani. Droga wiodła tu wąskim parowem w dzikiej romantycznej dolinie Wdy. Nagle z szumem minął sanie chłopa, omal ich nie dotykając. Przestraszony koń stanął w miejscu i nie chciał ruszyć mimo razów i wszelkich starań woźnicy. Przerażony chłop ujrzał z bliska ogniste oczy karych koni. Wkrótce upiorny pojazd zniknął w oddali wraz z niesamowitym hałasem. Zlany potem, trzęsący się koń podjął w końcu drogę do domu. W następne dni nie tknął nawet jedzenia i choć powoli zaczął się uspakajać, to jednak nocą nigdy więcej nie chciał już wrócić w miejsce zdarzenia.

 

Plamy na księżycu

(Zanotowane w Starej Rzece)

Wiele, wiele lat temu pewien człowiek z Borów Tucholskich chciał przy jasnym świetle księżyca zakłusować na leśną zwierzynę. W krótkim czasie zdołał upolować za pomocą potajemnie zakupionej strzelby dorodnego koziołka. Przerzucił go sobie przez plecy i pospiesznie udał się do domu, gdy wtem drogę zagrodziła mu jakaś ponura, groźna postać. Przestraszył się kłusownik i rzucił się pędem w boczną drogę, by uciec z lasu do bliskiej już chaty, ale zjawa pojawiła się przed nim powtórnie. Stawała się coraz większa i groźniejsza. Wkrótce osiągnęła już niemal wierzchołki najwyższych sosen w puszczy. Duch chwycił kłusownika za kołnierz i rzucił go mocno, aż na księżyc. Ciemne plamy, które widzimy dziś na księżycu, to właśnie złodziej z sarną na plecach.

Pewien ubogi rolnik z puszczy miał na swym podmokłym torfiastym poletku zasadzone trochę kapusty. Cieszył się bardzo, bo rośliny dobrze się rozwijały. Grządki ogrodzone były płotem, by ochronić kapustę przed leśną zwierzyną. Pewnej księżycowej nocy przyszedł zły sąsiad i wyciął najpiękniejsze główki. Z barkami obciążonymi kapustą podążał do chaty, gdy wtem księżyc chwycił go i przyciągnął do siebie razem z przywłaszczonym dobrem. Plamy na księżycu to właśnie złodziej
z kapustą w ramionach.

Pewna skąpa kobieta udała się niedzielnego wieczoru do pobliskiego lasu, by ukraść drewno na następny tydzień. Robiła to od wielu lat jeszcze nikt jej nie nakrył. Była już stara i włosy jej siwiały. Z trudem mogła unieść wiązkę drewna, lecz nie zaniechała niecnego procederu.

Owej księżycowej niedzieli uginała się, więc pod ciężarem i rzucała najcięższe przekleństwa. W jednym momencie została za karę przeniesiona na księżyc. Siedzi tam po wsze czasy i wyrywa sobie z rozpaczy siwe włosy. Długie nitki babiego lata, unoszące się powietrze jesienią, to właśnie jej wyrwane włosy.

 

Profanator Święta

Było to w dawnych czasach wczesnym rankiem pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia. Z oddalonej wsi kościelnej rozległy się dźwięki dzwonów, płynąc przez rozległe, spokojne Bory Tucholskie. Stanowcze pierwsze tony dzwonu przypominały mieszkańcom puszczy o pójściu do kościoła. Mimo srogiego zimna i dalekiej drogi do kościoła widziało się jednak licznych ludzi podążających odludnymi duktami leśnymi. Do tego można było ujrzeć na wąskich traktach ludzi w pięknych zimowych ubraniach, przemierzających puszczę na prostych saniach zaprzężonych w małe, ale wytrzymałe konie biegnące do bliskiego już celu.

Pewien stary gospodarz (Bauer) z okolic Starej Rzeki tłumił w sercu zazdrość i chciwość widząc to szlachetne poruszenie i szyderczą twarzą, ze swej zagrody, na pobożne pozdrowienia nielicznych znajomych odpowiadał zaledwie mrukliwym słowem. Kiedy już większość mieszkańców opuściła wieś, udał się on do stajni i zaprzysiągł konia do sani roboczych. Pojechał śpiesznie do ciemnego boru, mógł przecież chciwiec w ten święty dzień Bożego Narodzenia, w czasie gdy inni ludzie modlili się w kościele, w spokoju powiększyć nielegalnie swoje zapasy drewna. Wszystkie jego plany szły pomyślnie. Straż leśna go nie przyłapie, mógł spokojnie załadować po brzegi swoje sanie drewnem, tak że koń z trudem mógł udźwignąć ciężki ładunek. Jako że sąsiedzi wracali już z kościoła, spieszył się do domu, by starannie ukryć ukradzione drewno przed ciekawskim wzrokiem. Spiesząc się ukrytą drogą, zbił okrutnie zmęczonego konia. Już stopniowo przerzedzał się las, już był blisko swojej zagrody, gdy na spadzistej drodze przeładowane sanie wywróciły się i bezbożny człowiek został pogrzebany pod ładunkiem. Dosięgnęła go karząca ręka Boga.

 Wracający z kościoła znaleźli go martwego, z wykrzywioną twarzą zwróconą ku ziemi. W miejscach, gdzie stopy, ręce i twarz w śmiertelnym strachu utworzyły wgłębienia w ziemi, od tego czasu po wieczność nigdy nie rośnie trawa ni mech. Do dzisiejszych czasów można oglądać z wąskiej drogi, tej z Tlenia do Szarłaty( Charlottental) owe pięć gołych dziur, otoczonych gęstym mchem. Są one znakiem ostrzegawczym dla potomnych.

Legenda ta, zapisana przez Paula Behrenda w XIX wieku, jest żywa do dziś, aczkolwiek wiąże się z innym miejscem i czasem, ale, co najciekawsze, odnosi się do autentycznego wypadku. Otóż niedaleko leśniczówki Stara Rzeka rośnie dąb, na którym wyryty jest krzyż, dokładna data dzienna i rok(1953) oraz inicjały. Ludzie opowiadają, że z tego dębu spadł i zabił się człowiek, mieszkaniec Starej Rzeki(powiadają jego imię i nazwisko), który w niedziele obcinał suche gałęzie na opał. Pod tym dębem mają się znajdować nigdy nie zarastające wgłębienia. Dziury rzeczywiście są, nie stwierdziłem jednak, by nie były zarośnięte. Zwróćmy jednak uwagę ze mamy tu do czynienia z niezwykle ciekawym przykładem odniesienia starej legendy do autentycznego wypadku z czasów współczesnych"...

Legendy przetłumaczył z niemieckiego Sławomir Manikowski a zostały zamieszczone w periodyku "Echo borów" , Nr 1 z 1999, s.8-9
Wyszukiwarka

Najczęściej czytane

Ostatnie komentarze

Ciekawe artykuły

Najczęściej szukane

Partnerzy

Polecane



Nawigacja satelitarna


Link do naszego portalu Do zamieszczenia na Własnej stronie (skopiuj poniższy kod):